Jesteśmy w Chiang Mai już jakiś czas i zaprzyjaźniliśmy się z szefową pewnej knajpy w której regularnie jadamy. Dziś rano po śniadanku pani zaproponowała, że jedzie po zaopatrzenie do swojej restauracji na jakiśtam market. Oczywiście taki dla nich, na którym nie ma turystów i ceny są jak dla nich. Nazwę marketu 1 raz słyszę i nie ma jej nawet na naszej mapce. Pojechałam ja z tyłu na jej skuterze. Pani proponowała by Paweł wziął jej drugi skuter i za nią jechał, ale się nie odważyliśmy. Ani na skuterze nie jechaliśmy ani ruchu lewostronnego nie opanowaliśmy. Pojechałam więc tylko ja a na markecie byłam nie lada atrakcją. Turystów tam w ogóle nie było a ceny rzeczywiście tańsze. Pokupowała mnóstwo warzyw popakowanych po 10 kg, zastanawiałam się jak to przewieziemy, ale mieli tam proste rozwiązania. Od razu przy wejściu na bazar wynajmowało sie goscia z wózkiem, który te warzywa ładował i za nami woził a potem drugiego gościa z motorem z doczepionym koszem z boku, który nam te warzywa przywiózł. Nasz wyjazd na targ zakońszył się mało przyjemnie. złapała nas policja i dostałyśmy mandat za brak kasków - 200 bahtów. To po prostu niefart. Wszyscy tu jeżdzą bez kasków. Chwile przed tym jak zatrzymała nas policja przemknęło mi przez głowę co sie dzieje , wszyscy nawet rikszarze jeżdzą w kaskach dzisiaj. Za zakrętem znaliśmy już odpowiedź :-) Po prostu nasza znajoma była niedoinformowana tego dnia :-)

 |
| za wór pekińskiej zapłaciła jakieś 5 zł, kupiliśmy też paprykę 5 kg czerwonej i zółtej i 5 kg zielonej, razem 10 kg papryki za ok 20 zł na nasze |
 |
| pan który nam wszystko woził |
 |
| nasza lista zakupów |
 |
| owoc guawa czyli po tajsku farang czyli tak jak tu nazywa się obcokrajowców |
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz